Na podstawie materiałów zebranych przez:
Katarzynę Dzianach

Wojciech Korfanty

Potomek tragicznych pokoleń

     Wojciech Korfanty był już za życia postacią historyczną. Był nią w znaczeniu roli, jaką odegrał w dziejach najnowszych śląska, a tym samym w historii całej Polski, w najciekawszej epoce - wskrzeszenia jej niepodległości. Z natury rzeczy wielu miał przyjaciół, lecz niemniejszą liczbę wrogów. Było to zupełnie naturalne, że osoba jego, wyrosła ponad miarę przywódcy Śląska, musiała budzić w przeciwnikach obawy zwykłe i ludzkie, które z biegiem lat, im bardziej rosła aureola jego postaci, urastały do zaciekłej nienawiści.

     Dzieciństwo Wojciecha Korfantego przypada na najciekawszy okres odrodzenia narodowego na Śląsku. Niemcy w tym czasie popełnili szereg politycznych błędów.

     W atmosferze napięcia politycznego i budzenia się ducha narodowego wychował się młody Wojtek, przynosząc ze szkoły niemieckiej bardzo dobre świadectwa i przeświadczenie nauczyciela, że jest jednym z najzdolniejszych uczniów. Rzecz rzadka w domu ubogich ludzi - znalazł pełne zrozumienie u swych rodziców i pragnąc się kształcić dalej, poszedł do gimnazjum państwowego w Katowicach, wielkiego czerwonego budynku, gdzie miał się zapoznać z kulturą niemiecką. Gimnazjum oczywiście było niemieckie i nie wolno w nim było mówić po polsku. W gimnazjum, zgodnie z przekonaniami niemieckimi, jeżeli mówiono kiedyś o Polsce - to zawsze z pogardą, zawsze z lekceważeniem, chcąc zaszczepić w swych uczniach ducha niemieckiego. W znienawidzonej mowie, opanowanej gładko w szkole powszechnej, przyszło Korfantemu zdobywać upragnioną wiedzę.

     Korfanty z młodzieńczym zapałem czyta polski książki, ilekroć wpadną mu one w ręce, szuka drogi do Polski, szuka prawdy i wieści o tym wszystkim co tak głęboko ukochał, co zaszczepili mu rodzice. Z tym samym porywem idzie pomiędzy dobrze znanych sobie górników robotników i na zebraniu Towarzystwa św. Alojzego w Siemianowicach, służącego duchowieństwu jeszcze z czasów walki kulturalnej do rozprawy z Bismarckiem, w porywających słowach dzieli się ze swym środowiskiem zdobytymi wiadomościami o Polsce. W dniu 14 sierpnia 1895 roku Rada Pedagogiczna - po wysłuchaniu sprawozdania dyrektora, który osobiście badał w Siemianowicach "wielkopolskie" wystąpienie Korfantego - podejmuje uchwałę usunięcia delikwenta z gimnazjum. Rozpacz rodziców była ogromna. Na to łożyli tyle lat, na to on o suchym kawałku chleba borykał się z życiem, nie ustając w trudach, by tuż przed dojściem do matury, mającej mu otworzyć drogę do lepszego życia - doznać załamania i wstrząsu z powodu wyznawanych przez siebie polskich ideałów. Brak matury, konieczność szukania wyjścia z beznadziejnej, zdawałoby się, sytuacji zmusza Korfantego do udania się do Wielkopolski, gdzie nawiązuje cenne dla siebie później znajomości. Za ich staraniem - głównie posła polskiego Kościelskiego - zdaje maturę i udaje się do Wrocławia na wyższe studia, które przychodzą mu również łatwo.

     Korfanty przyjeżdża na wakacje do Katowic i nie przyznając się nikomu, że jest studentem uniwersytetu - pracuje na kopalni jako zwykły górnik. Wżywa się bezpośrednio w stosunki i środowisko, poznając twardą wymowę faktów, upośledzenie warstwy robotniczej, nacisk ze strony władz, szykanowanie elementu polskiego. Poznaje jeszcze lepiej krzywdę Śląska, która schodzi nieraz do kilkuset metrów w głąb kopalni, porównuje ją z luksusem i przepychem Berlina, zestawia poglądy swych czarnych kolegów i złotej młodzieży akademickiej i dochodzi do światopoglądu własnego, z którego urośnie jego wielkie imię

     Po powrocie do środowiska uniwersyteckiego bierze czynny udział w życiu polskich organizacji, życie ma ciężkie, utrzymuje się z korepetycji.
Korfanty nie przebywał cały czas we Wrocławiu, ale pod koniec swoich studiów przeniósł się do Berlina. Tutaj nawiązał łączność z "Dziennikiem Berlińskim", założonym w 1895 roku. W czasie studiów był Korfanty korepetytorem młodego Jundziłła, tą drogą miał kontakt z polską arystokracją, pośród której nabrał towarzyskiego poloru, zwiedził całą Europę, poznał życie Paryża i Londynu. Choć był eleganckim panem we futrze i cylindrze, co w owych czasach miało wielkie znaczenie, nie wstydził się swego pochodzenia, prostych rodziców, otoczenia i za wszelką cenę chciał pracować na Śląsku dla sprawy polskiej. W Berlinie ustaliły się dalsze losy pana Wojciecha jako działacza narodowego i dziennikarza, uważającego za pierwszy swój obowiązek powrót pomiędzy swoich, w znane sobie katowickie środowisko, aby stąd rozpocząć wielką działalność polityczną.

     Na przełomie XIX i XX wieku większość Śląska była świadoma walki rozgrywającej się między żywiołem niemieckim i państwem pruskim a żywiołem polskim, który dążył do odbudowy własnej państwowości.
Tą iskrą Bożą, tym pełnym rozmachu i żarliwości narodowej działaczem śląskim, miał się stać Wojciech Korfanty. Fakt, że był Ślązakiem, wytrącał Niemcom argument o "agitacji wielkopolskiej", którą tak hojnie szafowali w odniesieniu do Napieralskiego, Maćkowskiego i Koraszewskiego. "Agitacja wielkopolska", zdaniem Niemców, miała oznaczać przeniesienie akcji niepodległościowej na wszystkie ziemie polskie, by przy sprzyjających okolicznościach wysunąć równolegle do działalności w Wielkopolsce także i pretensje polityczne do Śląska.

     Korfanty był urodzonym mówcą. Jego słowa były proste i jędrne. Nie obwijały niczego w bawełnę, ale rąbały prawdę w oczy, a uderzając wprost do serca i uczuć słuchaczy, poruszały w nich, w pierwszym zaraz rzucie to, co najgłębiej było ukryte, wyzwalały ból i smutek, z którym Ślązak rodził się i umierał. Szczęśliwą gwiazdą Korfantego było to, że przychodził we właściwym czasie.

     Korfanty, tak jak wszyscy, nosił bunt w swej piersi. Choć nie mówił o krzywdzie, to wszyscy słuchający go czuli ją w każdym drgnieniu słowa, w każdym skurczu mięśni twarzy, którymi wypowiadało się dogłębne wzruszenie i ból.
Dosyć już było tego plucia nogi sołtysów polskich przez wściekłych urzędników pruskich, gdy nie mogli inaczej objawić swej złości. Dosyć było szykan żandarmów, którzy nie mogąc nic znaleźć, wynajdowali pod piecami domów brak blachy i ku utrapieniu kobiet kazali płacić wysokie grzywny. Dosyć było tych opuchniętych rąk niewinnych dzieci bitych kijem przez niemieckich nauczycieli, gdy nie mogły pojąć słów germańskiego bełkotu. Dosyć było tego wszystkiego w hutach, w kopalniach, fabrykach, w polach, dosyć tych strasznych prześladowań poniewierki i pogardy, której nigdy nikomu na całym Śląsku nie szczędzili Niemcy.

     Korfanty był świadom swej roli, wiedział, czego chce. Dał tego dowód w 1902 roku, przemawiając przed sądem niemieckim w Poznaniu. Ta świadomość misji jaką czuł, że ma do wypełnienia na Śląsku, była oparta na świetnym opanowaniu stosunków, znajomości położenia ludności polskiej i Niemców, z którymi szedł walczyć.

     W ówczesnej sytuacji cały ciężar sprawy polskiej na Śląsku mógł wziąć na siebie tylko taki redaktor, który potrafił odciążyć swoją działalnością inne polskie dzienniki, działacz narodowy zarówno o wielkiej odwadze, jak i ryzyku. Toteż tę rolę, w całej rozciągłości wynikających z niej konsekwencji, wziął na siebie jak nikt dotąd, Wojciech Korfanty. Trzeba to podkreślić, że nikt przed nim nie przemawiał na Śląsku z taką mocą, z taką odwagą i siłą przekonania. Artykuły Korfantego, drukowane przez Marcina Biedermanna, cechował ton, jakiego dotąd nikt przed nim nie podjął. Przy tym nie był to tylko pusty frazes, ale przede wszystkim, co uderza najbardziej, głęboka wiedza. Studia Korfantego w dziedzinie prawa i nauk ekonomicznych przebijają z każdego zdania. Korfanty nie ogranicza się do przykładów tylko, ale jak dobry strategik, z ołówkiem w ręku rozważa, oblicza wszystkie możliwości, wykazuje statystycznie gdzie jest źródło zła, gdzie grozi niebezpieczeństwo i uderza w nie z taką mocą, że budzi podziw i najwyższe uznanie.

     Pod wpływem haseł Korfantego zaczyna się wielki ruch polityczny na wiecach w Gliwicach i Opolu. Ludność polska zaczyna ostro wyrzucać duchowieństwu cetrowemu jego politykę. Przestrach ogarnia kierowników centrowych, którzy obserwują, jak bardzo nie doceniali dynamiki żywiołu polskiego. Przerażeni są też redaktorzy polscy, bo posunięcia Korfantego wydają się im za śmiałe, obawiają się wzmożonych represji i zgnębienia wszystkiego, co polskie, a co za tym idzie zaprzepaszczenia wytrwale wznoszonej budowli odrodzenia narodowego.

     Korfanty śmiało dąży do celu i na progu nowej ery z wiarą patrzy w przyszłość, rozwijając swój wszechpolski radykalny program:

     " My chcemy pozostać tym, czym jesteśmy - Polakami przywiązanymi do ojczystej mowy polskiej, na wiecu i w kościele, w modlitwie i zabawie, przy pracy i w polityce."

     W roku 1901 dr Rakowski - redaktor "Pracy" zostaje skazany na 2 lata więzienia. Na jego miejsce zostaje powołany Korfanty i z dniem 26.09.1901 objął w Katowicach reprezentację "Pracy".

     W 1902 roku powstała myśl, aby oprócz tygodnika "Praca", wychodził na Śląsku stały dziennik, który by reprezentował poglądy polityczne nowego kierunku. Dziennik ten redagowany przez Korfantego i Kowalczyka miał być jednym z organów Marcina Biedermanna, dającego na to swoje pieniądze i reklamę. Miał wychodzić po nazwą "Górnoślązak". Pierwszy numer okazowy wyszedł już w dniu 6 grudnia 1901 roku.

     "Górnoślązak" już po miesiącu może poszczycić się pięknymi sukcesami, lecz w tym momencie spada na niego pierwsza represja: Korfanty ma proces o artykuły w "PRACY". W Poznaniu rozgrywa się dramatyczna walka między polskim redaktorem i niemiecką sprawiedliwością. Przed sądem padają wypowiedzi Korfantego tak znamienne, że są jawnym oskarżeniem państwa niemieckiego. Korfanty wie, że przy nim jest polska opinia publiczna, a przede wszystkim Śląsk. Zdaje sobie sprawę, że tam dotrą jego męskie powiedzenia i wzbudzą refleks, bo przecież to tak jakby każdy Polak siedział na ławie oskarżonych, bo to, co jest winą, to jest równocześnie największą świętością dla każdej polskiej rodziny, dla całego społeczeństwa. Korfanty zostaje skazany przez sąd na 4 miesiące więzienia.

     W 1903 roku Korfanty na Śląsku rzucał w lud hasło:

     "Jesteśmy Polakami! oto wyznanie naszej wiary politycznej. Jako Polacy nie możemy zezwolić na to, aby panoszyły się na ziemi polskiej jakiekolwiek bądź stronnictwa niemieckie. Tak na tej ziemi polskiej, miejsce jest dla nas!"

     Od tego oświadczenia był już tylko krok do ogłoszenia na Śląsku niepodległej Polski tylko, że na to trzeba było jeszcze poczekać okrągłych 20 lat.


Powrót - WOJCIECH KORFANTY